Hashimoto. Drugie „ja”, które mnie zabija

Hashimoto to choroba, o której wszyscy wszystko wiedzą, a najwięcej celebryci z pierwszych stron gazet. Tymczasem okazuje się, że ta cała ich „wiedza” jest niekiedy śmieszna i żartu warta. Bardzo długo zajęło mi ogarnięcie, czym jest ta choroba, z czym się wiąże, jak się ją leczy, skąd właściwie ją mam. Wciąż staram się uzupełniać swoją wiedzę na ten temat, ale nie przychodzi to z łatwością. Sami eksperci medycyny mają duże problemy, by skonkretyzować czynniki choroby Hashimoto. Ale dziś nie będę opowiadała Wam, o tym, czym ta choroba jest, dziś opowiem Wam po prostu swoją historię, która mam nadzieję, pomoże innym, a resztę uświadomi, że nic nie jest tak prostolinijne, jak mogłoby się wydawać.

 

Objawy

 

Na początku myślałam, że to depresja. Brak motywacji do czegokolwiek, brak sił fizycznych i psychicznych, ciągłe poczucie beznadziei. Wstawałam rano z łóżka i byłam strasznie zmęczona, moje mięśnia – trudno to określić słowami – były jakby wiotkie, nienadające się do użytku. Potrafiłam leżeć w łóżku wgapiona w sufit, bo ani film, ani serial, ani książki, ani jakiekolwiek inne zajęcie nie dawało mi poczucia sensu. Po dwóch tygodniach nieistnienia poszłam na badania, o ich wynikach i przebiegu opowiem w innym akapicie tego tekstu. Zaczęłam brać najmniejszą dawkę magicznego Euthyrox’u, ale objawy, zamiast ustępować, mnożyły się w zawrotnym tempie. Zaczęłam mieć problemy z pamięcią – ja człowiek zorganizowany, stojący niegdyś na czele nagle zapomina, że trzeba zamknąć drzwi od mieszkania, że na jesienny wyjazd należy zabrać kurtkę. Było to nie do zniesienia. Telefon i budzik stały się moimi nierozłącznymi przyjaciółmi, zapisywałam każdą, nawet najmniejszą pierdołę jak wyrzucenie śmieci, by po prostu nie zapomnieć. Potem klasycznie miałam duże problemy z uczuciem ciągłej pełności niezależnie od posiłku, który zjadłam. Moja skóra zrobiła się sucha, szorstka a na twarzy pojawił się charakterystyczny trądzik. Po zwiększonej dawce, o której opowiem w dalszej części tekstu, dolegliwości tylko w minimalnym stopniu ustąpiły, zaś wysoki puls wskazywał na nazbyt dużą dawkę. Wtedy zwariowałam, pomyślałam, że to niemożliwe. Pielgrzymki, które odbywałam regularnie do lekarzy, nie miały końca. Ilość czasu i pieniędzy, które poświęciłam na to, by jakoś dojść do siebie, można liczyć już w tysiącach. Niestety, gdybym podjęła próbę leczenia na Narodowy Fundusz Zdrowia, to byłabym na etapie oczekiwania na badanie USG, bo na samą wizytę u specjalisty trzeba poczekać od 2 do 3 lat. Uwierzcie mi, że człowiek naprawdę by się wykończył.

 

 

Moje wyniki

 

W lutym 2019 roku robiłam rutynowe badania, które wykazały, że wszystko jest jak w najlepszym porządku. TSH 2,15 jak dla mnie ogromny sukces. Od lutego do czerwca żyłam bardzo intensywnie i przyznam szczerze, że nie zawracałam sobie głowy swoim samopoczuciem, nawet nie było, kiedy. Większość wakacji przeleżałam, nastała w moim życiu duża stagnacja, tłumaczyłam sobie, że tak musi być. Od kiedy rozpoczęłam studiowanie, coś jednak było ciągle nie tak. Po dwóch tygodniach ciągłego uczucia zmęczenia, spadków nastrojów etc. (objawy powyżej) postanowiłam zrobić badania krwi. Wszystkie, poza TSH, (4,43) wyszły w normie. Wynik nie był zatrważający, ale zważywszy na fakt, że podskoczył tak szybko, dał mi trochę do myślenia. Po analizie okazało się, że taki sam wynik i bardzo podobne dolegliwości miałam w wieku 18 lat, ale wtedy lekarz pierwszego kontaktu tłumaczył to etapem dorastania. Wtedy leczyłam się także naturalnym środkami, by oczyścić organizm z toksyn i dolegliwości – dziś już wiem tarczycowe – uspokoiły się. Z wynikiem 4,43 udałam się do nowej pani doktor, która przepisała mi najmniejszą dawkę leku Entyrox 0,25 oraz dla świętego spokoju skierowała mnie na badanie USG, prosiła także o zbadanie klasycznie FT3 i TF4, które wyszyły w normie – FT4 18,83 (norma do 22) oraz FT3 5,79 (norma 6,8). Oczywiście zapisałam się na USG prywatnie, gdyż kolejka na NFZ sięgała od trzech miesięcy w górę. Poszłam na badanie z dużym luzem, wynik TSH nie sugerował czegoś bardzo złego, los jednak był wobec mnie przekorny. Badanie wykazało silny stan zapalny z podejrzeniem choroby Hashimoto w zaawansowanym stadium choroby. Lewy płat mojej tarczycy prawie już nie istniał. Z wynikiem udałam się szybko do mojej pani doktor, która ze stoickim spokojem powiedziała, że tragedii nie ma, mam łykać najmniejszą dawkę leku i zrobić ponownie badania w lutym. Na odczepne, żebym chyba dała jej już spokój, skierowała mnie do endokrynologa (czas oczekiwania na NFZ trzy lata) oraz poleciła zrobić badania w kierunku przeciwciał. Znaleźć endokrynologa w Elblągu, nawet prywatnie, wcale nie było proste – na wizytę u dobrej lekarki czekałam ponad półtora miesiąca. Przed wizytą między, świętami a sylwestrem, zrobiłam jeszcze przeciwciała, żeby iść do lekarza z kompletem niezbędnych badań. Wyniki bardzo mnie zaskoczyły, przewyższały normy dziesięcio i pięciokrtonie – ANTY TG 1105 (norma do 115) oraz ANTY TPO 193,3 (norma do 34).

 

 

 

Znajdź lekarza, który będzie cokolwiek wiedział

 

„Dobry endokrynolog w Elblągu” to hasło, które bardzo długo przewijało się przez moją przeglądarkę internetową. Za namową koleżanki i opinii widniejących na forach, postanowiłam się udać się do rzekomo najlepszego endokrynologa w mieście. Czas oczekiwania na wizytę półtora miesiąca, oczywiście wizyta prywatna, a co za tym idzie płatna klasycznie około 200 złotych. Poszłam z kompletem wyników badań i dużą nadzieją, że nareszcie ktoś mi pomoże, sprawi, że będę czuła się lepiej i na nowo będę mogła normalnie funkcjonować. Niestety… wizyta trwała mniej niż 10 minut, nie usłyszałam niczego nowego, poza stwierdzeniem – tak ma pani Hashimoto. Otrzymałam zwiększoną dawkę Euthyroxu do 37,5 i w zasadzie to tyle. Kiedy wróciłam do domu, to rozpłakałam się, wiedząc już, że choroby tej nie da się wyleczyć, a także, że owy lek tylko dostarcza hormon, a nie wpływa na zatrzymanie postępującego Hashimoto. Lekarka nie powiedziała mi kompletnie nic o diecie ani suplementacji, które są NIEZBĘDNE do tego, by choroba przebiegała łagodniej. Ponownie musiałam szukać innego lekarza, tym razem z polecenia osoby, która wzbudza we mnie ogromny szacunek, na wizytę czekam do końca lutego, wciąż z malutką iskierką nadziei na godnego tytułu – lekarza endokrynologa. Kupiłam dwie książki o Hashimoto, przejrzałam większą część Internetu i rozmawiałam z ludźmi chorującymi, dzięki czemu wprowadziłam do swojego życia rygorystyczną dietę (na ten temat potrzeba odrębnego wpisu) oraz suplementacje cynku, potasu oraz witaminy D3. Czy postąpiłam dobrze i czy ma to jakiś większy sens, dowiem się pewnie wkrótce.

 

 

Bliscy, którzy nie rozumieją, że chwilami nie jestem sobą 

 

Poważnym problemem w chorobie Hashimoto jest brak wyrozumiałości ze strony naszych bliskich i dalszych znajomych, przyjaciół, rodziny. Nastrój osoby z niedoczynnością tarczycy jest zmienny o wiele szybciej i intensywniej, wystarczy niewielki bodziec. Często wskazuje się na silne stany depresyjne, które nie ukrywam, również sama przeszłam. W którymś momencie nie tylko bliscy, ale i sam dotknięty chorobą ma dość. Kiedy to się wreszcie skończy? Wielokrotnie zadawałam sobie to pytanie, wciąż nie mogąc odnaleźć na nie odpowiedzi. W wielu sytuacjach nie byłam sobą, robiłam i mówiłam to, czego, chciało moje Hashimoto, dawałam się ponosić emocjom, a potem pozostawałam z dużym kacem moralnym. Moi rodzice wiedzieli i po jakimś czasie przywykli do moich odmiennych stanów, ale reszta świata nie potrafiła tego zaakceptować. Hashimoto nie da się ot, tak pozbyć, opanować. Nauka jak z nim żyć i jak go oswajać jest procesem długotrwałym oraz bardzo męczącym. Dlatego tam, gdzie mogłam, udostępniłam poniższy film, który uważam za świetnie ukazujący życie z niedoczynnością.

 

Ostateczna diagnoza

 

Ha! Też chciałabym ją znać. Endokrynolog, u której byłam postawiła diagnozę, która brzmi następująco: niedoczynność tarczycy w przebiegu przewlekłego autoimmunologicznego zapalenia tarczycy. Brzmi nader medycznie i niezrozumiale. Wciąż żyje w dużej obawie i niepewności co do lekarza, który rzeczywiście byłby w stanie mi pomóc. Samopoczucie zależnie od dnia bywa bardzo różne, to istna sinusoida. Ale pozostaje mi cierpliwie czekać na dalszy ciąg tej historii.

Hashimoto, to mieszkające we mnie drugie „ja”… „Ja”, które powoli, codziennie mnie zabija i nad którym, choćbym bardzo chciała – nie mam kontroli.

Dodaj komentarz

avatar