Weź wyluzuj

Opowiem Wam swoją historię. Możecie ją wyśmiać, skrytykować, uznać za żart czy chichot losu. Możecie zrobić z nią, co chcecie. Po co chce Wam ją opowiedzieć? Dla przestrogi. Nie wiem, czy ona zmieni coś w Waszym życiu, być może będzie zbędnym i obojętnym dla Was tekstem. Być może kogoś uświadomi.

Rozsiądźcie się wygodnie, bo będzie to długa i trudna historia.

Jak dobrze wiecie ze wcześniejszych wpisów, w roku ubiegłym byłam bardzo zapracowana. Choć, paradoksalnie, aktywność społeczną trudno nazwać pracą. Od listopada do czerwca byłam kompletnie wyjęta z jakiegokolwiek życia osobistego. Dałam się ponieść przygodzie i możliwościom, które przede mną stały. Początki nie były bardzo trudne – znałam podwórko samorządowe, bo zdarzało mi się wcześniej w takiej aktywności uczestniczyć – traktowałam to jako dużą szansę. Dość szybko wdrożyłam się w rytm ciągłej pracy. Zaledwie po miesiącu wspólnie z Radą mieliśmy na swoim koncie kilka godnych uwagi dokonań. Machina się nakręcała. Po jakimś czasie nie było dnia, kiedy nie myślałabym o swojej pracy. Po kilku miesiącach nie było dnia, żebym nie rozmawiała z członkami Rady. Nie było tygodnia bez żadnego spotkania, a niekiedy nawet dnia. Moje życie prywatne legło w gruzach. Znajomi, którym niegdyś poświęcałam dużo uwagi, bardzo zawiedli się na mnie, gdyż notorycznie nie miałam dla nich czasu. Wtedy jakoś zbytnio się tym nie przejmowałam. Żyłam pracą i znajomościami, których nagle zrobiło się bardzo wiele. Na przełomie grudnia i stycznia stawałam na głowie, by zaliczyć egzaminy i jednocześnie tak mocno angażować się w pracę na uczelni. Kończyło się to na przykład tym, że w sylwestra siedziałam ze stosem 500 wierszy, które czytałam, by zdać egzamin. Zaliczyłam szczęśliwie wszystko w terminie i nadszedł czas praktyk. Wtedy też pomyślałam sobie, że rozwinę samorządowe skrzydła. Praktyki to zaledwie kilka godzin w ciągu dnia i brak wszelkich aktywności poza nimi jak np. prace domowe. I rzeczywiście tak było. Połowa dnia na praktykach, druga połowa dnia przed komputerem wysyłając setki e-maili, odbierając tysiące telefonów i załatwiając multum różnych spraw. Zaczęłam powoli wysiadać. W tym chaosie doszło do tego, że dwa razy omdlałam na ulicy. Wtedy postanowiłam trochę przystopować, ale z perspektywy czasu było to bardzo pozorne. Nawet leżąc w łóżku na lekach przeciwbólowych, potrafiłam pisać budżet, czy jakiekolwiek inne ważne dokumentacje. Czasu do najważniejszej studenckiej imprezy – Turbinaliów, było niewiele, więc przyśpieszałam. Zaczęłam być bardziej drażliwa i podziwiam ludzi, z którymi pracowałam, że dawali sobie z tym radę. Sumarycznie wszystko to, co zaplanowałam, ziściło się. Oczywiście pewne rzeczy można było zrobić lepiej, inaczej itd. W czerwcu – choć z tą myślą liczyłam się już na początku listopada – uświadomiłam sobie (tak wtedy myślałam), że to koniec. Że to całe zapierdzielanie (przepraszam za ten wulgarny kolokwializm, ale inaczej się nie da), ta cała trudna praca i satysfakcja z niej, właśnie się skończyła. Kiedy dziękowałam i żegnałam się z pracownikami uczelni, notorycznie słyszałam w odwecie, że i tak nie odejdę, że pewnie wrócę na to stanowisko, że w sumie to nie ma się co żegnać. I wiecie co? Tak cholernie chciałam w to wierzyć.

Po lipcowej obronie nareszcie poczułam, że mogłam odpocząć. Ale szybko się okazało, że w moim życiu nastąpiła wielka pustka. Po 2 tygodnia nic nierobienia myślałam, że wpadnę w obłęd. Telefon jak nigdy milczał, notoryczne sprawdzanie skrzynki e-mailowej zawsze spotykało się z rozczarowaniem ze względu na brak jakichkolwiek wiadomości. Rozmów z ludźmi też było nie wiele – członkowie Rady chcieli ode mnie odpocząć, a reszty znajomych po prostu nie było. W tym zabieganiu zgubiłam całkowity sens swojego życia. Postawiłam na „karierę” i choć sprawiało mi to wtedy ogromną frajdę, przyjemność i satysfakcję, to po wszystkim zostałam sama i z niczym. Po wakacjach wydarzyły się różne i przykre zawirowania. Serce chciało wrócić do działalności, ale głowa podpowiadała coś całkiem innego. Los także przygotował dla mnie całkiem inny plan. Jak wiecie, zaczęłam studiować pedagogikę. Nie do końca czuje jej klimat, bardzo trudno jest mi wdrożyć się w jej struktury i mechanizmy. Na duży plus zaliczam wykłady z psychologii, to właśnie one uświadomiły mi, że zrobiłam sobie wielką krzywdę. Zrezygnowałam z życia prywatnego, towarzyskiego, kulturalnego, całkowicie oddając się pracy. Zapłaciłam za to najwyższą cenę.

Po różnych akcjach, związanych z moją chęcią powrotu do struktur samorządu, zaczęłam się źle czuć. Psychika mi siadała, spodziewałam się tego. Bardzo zawiodłam się na ludziach, tych, których uważałam za przyjaciół i bliskich znajomych. Bardzo zawiodłam się na życiu, które tak dobitne dało mi w kość. I w końcu zawiodłam się na sobie, że nie widziałam, jak dużą krzywdę wyrządzam mojej psychice i całemu organizmowi. Pewnego dnia od samego rana czułam się strasznie zmęczona i zaczęło się to notorycznie powtarzać. Nie mogłam się wyspać, miałam osłabione mięśnie, choć nie wykonywałam żadnych ćwiczeń, nie miałam ochoty ani motywacji, by robić cokolwiek. Z początku myślałam, że to chyba depresja. I być może tak jest, że te objawy po trosze pokrywają się z ostatnimi emocjami. Po dwóch tygodniach koszmarnego samopoczucia, a także po interwencji ratowniczej na zajęciach z basenu postanowiłam zrobić najprostsze badania krwi. I jak już się pewnie domyślacie, nie wyszły dobrze. Musiałam pójść do lekarza, zrobić szereg różnych innych badań. Diagnoza nie jest zła ani przerażająca, ale dla mnie dużo dająca do myślenia.

Ten rok bardzo wytężonej pracy, tego zapatrzenia się na cel i uciążliwego parcia do przodu, sprawił, że organizm się zbuntował.  Życie w ciągłym stresie, poczucie dużej odpowiedzialności, cała masa nerwów przyczyniły się do powszechnej choroby tarczycy. W moim przypadku to choroba niestety nabyta. Nabyta przez głupotę. 

Nie mam żalu do losu ani do świata, mam żal do siebie. Straciłam przyjaciół. Straciłam coś, co kochałam robić. Straciłam społeczną pozycję. Tak na dobrą sprawę w pewnym momencie czułam, że straciłam wszystko. Skoro żyłam tylko i wyłącznie pracą, a tej pracy już nie ma, to jak to inaczej nazwać?

Potrzebowałam trochę czasu, by oprzytomnieć, by poukładać sobie w głowie na nowo, by złapać do tych różnych, trudnych przeżyć dystans. Zaczęłam się leczyć i choć moje samopoczucie nadal bywa bardzo uciążliwe, to powoli wraca do normy. Uświadomiłam sobie – znowu dzięki zajęciom z psychologii – kilka ważnych kwestii, którymi bardzo chciałabym się z Wami podzielić. W tamtym złym okresie czułam na sobie ciężar bycia najlepszą. Prawie nigdy nie odpuszczałam, zawsze musiałam być pierwsza, najlepsza i bezkonkurencyjna – jednakowo w działalności, ale także niestety w całym swoim życiu. Dla mnie otrzymanie z egzaminu trójki było nie do pomyślenia. Żyłam w przekonaniu, że tak musi być… ale to absolutnie nie prawda. Pamiętajcie i uświadomcie sobie raz na zawsze, że

 

  1. Macie prawo do gorszego dnia, gorszego samopoczucia

  2. Macie prawo czegoś nie wiedzieć

  3. Macie prawo popełniać błędy

  4. Macie prawo do odpoczynku!

  5. Nie musicie być najlepszymi

  6. Na świecie nie ma ideałów

 

Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Czy to banalne? Pewnie dla większości z Was tak. Ilu z Was rzeczywiście się tym kieruje?

Moja nad ambicja i pracoholizm doprowadzały do różnych dziwnych sytuacji. Bardzo często przemawiał przeze mnie egoizm, choć tak bardzo wypierałam się go. Efekt jest, jaki jest.  Dziś trudno mi wyjść przed szereg. Straciłam poczucie pewności, a także znacząco spadło moje poczucie własnej wartości. Nie twierdzę, że nagle stałam się zwykłą szarą myszką, ale nie jestem tym, kim byłam rok temu. W moim życiu nastała głucha cisza. Brakuje mi czasu, by go nie mieć. Zapłaciłam dużą cenę za swoją pozorną „władzę” i „sławę”. Wszyscy mi powtarzali, że to kapryśne przyjaciółki, ale trudno było mi w to wierzyć. Dużo ludzi także mi powtarzało „wrzuć na luz”, „odpuść”, „nie warto”, ale tak bardzo nie chciałam ich słuchać. Miałam wrażenie, że robią to specjalnie, by odciągnąć mnie od tego, co tak lubię robić. Dziś tych osób już ze mną nie ma, chciałabym im przyznać racje.

Internet to nie jest dobre miejsce do obnażania duszy i zdaje sobie z tego sprawę. Ale napisałam ten nieco długi i nużący tekst, by być może komuś z Was pomóc. Pędzimy ślepo przed siebie, nie wyobrażając sobie, jakie przyniesie to konsekwencje – nie tylko psychiczne, ale także fizyczne. Przystopujmy. Złapmy trochę oddechu, zastanówmy się, co jest dla nas rzeczywiście ważne – praca? Rodzina? Pasja? Przyjaciele? Czy nie zagalopowaliśmy się w swoim dotarciu do upragnionego celu? Czy on jeszcze rzeczywiście istnieje?

Szczerze zachęcam Was – raz do badań, one zawsze się przydadzą, im szybciej zaczniecie działać, tym lepsze przyniesie to efekty. Dwa do refleksji nad życiem. Trzy do pełnego uświadomienia sobie tych kilku punktów, które powyżej wymieniłam. I żeby nie było, że temat nie jest świąteczny, to święta Bożego Narodzenia są bardzo dobrym czasem, aby trochę zwolnić. By zatrzymać się i pomyśleć, co jest dla mnie ważne. Co jest dla mnie kamieniem życia.

 

 

5
Dodaj komentarz

avatar
3 Comment threads
2 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
4 Comment authors
MarcinWeronika WójcikMagdaPatrycja Recent comment authors
najnowszy najstarszy oceniany
Patrycja
Gość
Patrycja

Pewien mądry ktoś powiedział ‘wiara dodaje skrzydeł’, ale bardzo często los podcina je nam. Ja mam o tyle szczęście w życiu, że potrafię się doskonale maskować. W klasie maturalnej czułam, że coś zaczyna się sypać… że ja zaczynam się sypać…potem był płacz na maturze, by na koniec dobić się na stażu w pierwszej pracy, gdzie ‘dorośli ludzie’ traktowali mnie jak gówniarę, która nic nie wie. Jedyne co usłyszałam to ‘ Nie powinnaś im się dziwić’. Ludzie potrafią dogłębnie wyniszczyć. W lipcu 2019 roku usłyszałam diagnozę ‘depresja’. Wielu ‘dorosłych’ wyśmiewa tę chorobę (TO CHOROBA I NAZYWAJMY JĄ PO IMIENIU!) bo przecież… Czytaj więcej »

Magda
Gość
Magda

Weronika dobrze mówisz, ale trzeba się też zastanowić, czy to byli prawdziwi przyjaciele?Prawdziwi powinni Cię wspierać, a może odeszli z zazdrości, że Tobie się powiodło, może przestali czerpać korzyści z Twojej osoby?W życiu trzeba robić to co się kocha bo inaczej to niema sensu. A ludzie są okropni,wiem to z doświadczenia.

Marcin
Gość
Marcin

Bardzo wartościowy wpis. Hasło: “Nie musicie być najlepszymi” jakże warto powtarzać. “Co jest dla mnie kamieniem życia?” – to esencja tego wpisu. Warto się zastanowić, bo życie mamy jedno. Ja się ostatnio często zastanawiam. Odpowiedź z pozoru wydaje się bardzo prosta, ale życie to wiele powiązanych ze sobą kwestii. Myślę, że pogłębionejreflaksji nie sprzyja brak czasu na przemyślenia i nieustanna gonitwa do przodu. Sądzę, że dobrze jest czasem sobie odpuścić i znaleźć czas na sprawy najważniejsze. Jedną z nich jest nasze zdrowie, Drugą – równie ważną – rodzina, przyjaciele. Bez tych wartości nasze życie jest jałową pustynią, a osiągnięty sukces… Czytaj więcej »